sobota, 24 grudnia 2016

Łotrzyk Jeden, czyli jak straciłem wiarę w Gwiezdne Wojny – CD. 1

Prequele są złe, bo jest Jar Jar… 
Argument inwalida, niczym Darth Vader na Charizardzie z Excaliburem. Zapomina się, że bez jego „głupoty”: Imperium nigdy by nie powstało; Kanclerz nie miałby Armii Klonów. Przyznaję się bez bicia, lecz Oryginalna Trylogia mnie nie śmieszyła. NIGDY! Całe młode życie oglądałem ją, jako dobry film akcji ze świetnymi wybuchami i dawnym sznytem artystycznym… a zarazem wyśmienitą historią z dziesiątkami zwrotów akcji i różnych przypadków. Super! Jednak teraz jak na to spojrzeć, to GW mają luki fabularne, proste cliffhangery i głupkowate postacie. Przykład? Szturmowcy, co w nic nie trafiają, zbroje mają z papieru, a inteligencję mniejszą niż chrabąszcz – chociaż porównywanie ich ze zwierzęciem jest niezbyt poprawne, bo są one o wiele bardziej przydatne od tych miliardowych worków z mięsem. Sama przygoda niczym prowadzona po sznurku gra, która nie ma chęci zbaczania z obranej trasy. Zakończenie prowadzące do prawie otwarcia kolejnego odcinka… Prawie jak dzisiejszy serial!

Może wróćmy do głównego wątku całego wywodu. Łotrzyk Jeden to film dla… fana^2 albo ^3. Spytacie się inteligentnie dlaczego? Odpowiedź jest zgoła prosta: Nic nie jest wyjaśnione. Dostaliśmy kolejny film, do którego, aby zrozumieć potrzeba: dziesiątków książek, komiksów, zabawek, obrazków, seriali itd. Czyli marketingu. Proste i przyjemnego marketingu.
Money! Money! Money! Geld! Geld! Geld! Zielone! Zielone! Zielone!

Powiedzcie tylko, że nie… a popełnicie grzech z 8-ego przykazania. Nowe postacie, które są na 1 film, a nie na więcej, dziwne stwory, pewnie też na 1 film i kilka komiksów, aby sprzedać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, nowe TIE, których nigdy więcej nie będzie. PRAWDA! BOLI!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz